środa, 7 listopada 2012

Matki.

  Matki przychodzą pierwsze. Nie wszystkie jednak wchodzą od razu.
 Te płoche matki, nerwowe na przykład nie. Stoją z boku, całkiem z boku. W cieniu. Głowy mają lekko opuszczone, na głowach spalone perhydrolem włosy na twarz lekko lecą, na cerę nijaką i papierosy zwijane co je palą pojedynczo w garści. I panikę jakąś między łopatkami. Liche takie i wystraszone. One stoją, nie wchodzą, czają się, i albo na wyjściu, albo do pustej już sali celują. Nieraz stoją we dwie, wtedy już bliżej drzwi, w świetle. Wtedy to ta jedna z nich musi mieć w sobie błysk. Głowę odchyla i dym puszcza ponad, w torebce grzebie wytartej i do tej płochej szybkimi seriami słów nadaje. Ta głowę lekko podnosi Wchodzą razem wtedy, ale tylko do ławek, gdzie się buty przebiera, albo na schody, dwa pierwsze od góry. Tam czekają z dłońmi wciśniętymi między kolana, albo pod pachy. Nie wiem na co czekają, ale myślę że nic budującego nie usłyszą. Nigdy pewnie nie słyszały, od nich zapewne nie słychać również. Są, bo być muszą, mają tu i teraz. Nie wiedzą co, nie mają siły wiedzieć. Nie milkną mijane. Nic i o niczym. Matki synów łobuzów.

   Spóźniony jestem jak zwykle, mijam, zerkam, myślę. Matki. Zawsze przychodzą pierwsze i są w zdecydowanej większości. Siedzą i czekają, siedzą i słuchają. W płaszczach rozpiętych, z torebkami na kolanach. Szaliki do kostek wiszą z krzesełek małych gdzie siedzą skulone jak Guliwer w sali liliputów. Karteczki i długopisy. Matki od zapytań, matki od planów. Zgłaszają się, podnoszą palce.
  Robią kawę, herbaty. Bez płaszczy, torebki na stoliku trzymają po stronie lewej. Apaszki. Przebojem porywają resztę, matki od ciast cycate, matki od śledzi w oleju, od strojów szytych i od dyń rzeźbionych. Te matki zaś od zbiórek i pieniędzy aktywują, listy mają i księgowość całą w koszulce foliowej A4, drobne i grube. Kreski przy nazwiskach, plusiki i minusiki, winien – ma. Matki od jasełek. Matki pretensje. Matki – lalki czekające końca z telefonem miętolonym między palcami, blisko drzwi. Matki – zbiórki, od papieru szarego i flamastrów. Matki kujonów, matki łobuzów. Cała sala. Zdecydowana większość.

   Matki w grupkach wychodzące na korytarz. Torebki między kolanami jak zakładają szaliki. Rozmowy i ustalenia. Wyjście razem. Na schodach pusto. W cieniu pusto.
Matki wracają. Są wyczekiwane.

5 komentarzy:

  1. To wszystko jakieś takie wywiadówkowe:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. I matki, które nie znoszą tego. I też się spóźniają. I nie przepadają za towarzystwem innych matek. Bo tamte matki wiecznie paplają, a one paplania matczynego nie znoszą. Ani swojej matki, ani innych matek. Paplania o ciastach, śledziach i dyniach. Stoją pod drzewem, palą papierosa. Glanem rozdeptują peta i wtedy, gdy ciemno się robi, na korytarzu dorywają wychowawczynię i pytają: "wszystko OK?".
    Znam taką;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojcowie od kijków do kiełbas i ogniskowych "zrzutek".

    OdpowiedzUsuń

Dodając komentarz:
- jeśli masz stronę/bloga na innej platformie wybierz: "nazwa/adres URL'', gdzie w polu "nazwa" wpisujesz nazwę, w polu "URL" wklejasz adres strony/bloga. Jeśli nie posiadasz takowych - po prostu wpisz swój nick w polu "nazwa". Będzie miło zwracać się "po nazwie"
- jeśli wybierasz "Anonimowy" - na końcu komentarza wpisz swój nick.
Weryfikacja obrazkowa jest wyłączona. Dzięki za wpis.