czwartek, 17 maja 2012

Berlinek. Dzień handlowy.






  Bogatynia, "Berlinek" - pradziadek hipermarketów - wszystko w jednym miejscu. Zanim jeszcze ktokolwiek wpadł na pomysł hipermarketu w moim mieście, "Berlinek" już oferował hipermarketowy towar, wieziony nocą z Berlina Zachodniego rano trafiał już na polowe łóżko lub maskę Fiata 125p nakrytego kocem.

wtorek, 15 maja 2012

Trup.


   Znaleźli kiedyś trupa. Podobno znaleźli, bo nikt z przekazujących tę wieść dalej rzeczonego trupa na oczy nie widział, ale całkiem możliwe że był na miejscu znalezienia tegoż ktoś z samego szczytu tej plotki, kto puścił w obieg ją jako pierwszy. Faktem jest, że nie spotkano naocznego świadka zalegiwania trupa w miejscu o którym mówiono, informacje jego dotyczące były zatem wytworem wyobraźni tych, którzy opowiadali o tym kolejnym napotkanym znajomym.

środa, 2 maja 2012

Pierwszy maja. Czechy.





Tradycją już się staje wesoły happening pierwszomajowy w sąsiednich Vaclavicach (Czechy). Klimatyczna knajpka w centrum wsi staje się centrum przerysowanych obchodów dnia 1 maja, okoliczne płoty i krzaki wystrojone zostają we wszystko, co udało się zachować z minionej politycznej epoki. Transparenty, flagi, mundury, obrazy, portrety i proporczyki sławiące ówczesny porządek w naszej części świata ujrzały światło dzienne i okazały swą nieco już wyblakłą twarz. Prowizoryczna trybuna i kartonik jajek do obrzucania tejże. Czapki z czerwoną gwiazdą, płaszcze z czerwonymi guzikami. Lenin, Gottwald. Piwo, kiełbaski i muzyka. Wesołość. Wszystko z „koprovou omackou” . Oswojone śmiechem. Ani grama powagi.


  








 

wtorek, 24 kwietnia 2012

Guślarz. Po spotkaniu.






   Już po spotkaniu. Trzech nacji, trzech narodów, trzech historii. Byli, przyszli, zostali przyprowadzeni, albo dojechali. Sami lub z kimś. Jedni chcieli, inni powinni, innym jeszcze miało się to opłacić. Byłem z ciekawości. Właściwie to z dwiema trzecimi ciekawości, może nawet z jedną trzecią ciekawości - bo działo się jak zawsze. Do kamer i po kamerach. Do kamer podchody - z kim by tu i na jakim tle. Tańce godowe, tokowanie. Po kamerach sprawa prosta - spadamy. Stąd ta ciekawość dzielona na trzy. Jedna trzecia to sprawa jasna. Wyłączyli nagrywanie - dojadamy i w "długą". Druga z trzeciej części jak to ma w zwyczaju - wikt i opitek, z uśmiechem i obecnością do końca. Rubasznie i swojsko. Trzecia ?

 Trzeciej byłem ciekaw. Chciałem poczuć tę trzecią stronę. Szukałem i znalazłem. W wieku sędziwym, w pogodzie ducha, we wspomnieniach dłoni matczynej, oranżady dawnej smaku, kiełbaskach wędzonych, bułkach nadziewanych, w spacerach, w dziś i wczoraj, w historii równie okrutnej co innych, w niezrozumieniu dziecięcym, w niejednoznaczności uknutej przez możnych, w słońcu tym jak kiedyś, w myśli - że może to jest ten ostatni raz. W odwiedzeniu po prostu, lasce rzeźbionej, uśmiechu i nienachalności.  W tym właśnie punkt potrójny się zawiera.

 To najpiękniejszy obrazek z tego dnia.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Guślarz. Żyje czy nie żyje ?





 

   Guślarz ( 569 m n.p.m.), jedna z dwóch gór mających u swego podnóża Bogatynię i okolice. Najwyższy punkt nad miastem, wulkaniczny stożek od południowej strony. Szczyt jego leży na terytorium Republiki Czeskiej, jakieś 70 metrów od granicy z Polską. Do niedawna jeszcze szczyt niedostępny był dla małego ruchu przygranicznego, dotrzeć można było po przekroczeniu granicy na jednym z przejść i dojście od strony czeskiego Vitkowa. Od roku 2007 można udać się na tę górę przekraczając granicę dowolnym miejscu.

   O Guślarzu i jego walorach turystyczno – spacerowych mimo tych ułatwień nie wspominano praktycznie w ogóle. Może jedynie w okolicach kampanii wyborczych wypływały cyklicznie mniej lub bardziej niewiarygodne pomysły na wykorzystanie walorów części leżącej po naszej stronie. Z uwagi na egzotykę i duży stopień odrealniania tychże zamysłów, lądowały one w ognisku razem z wyborczymi plakatami i niedojedzoną kiełbachą. I tak do niedawna.

   Mówić nagle zaczęto o konieczności „ożywienia” Guślarza, o odrodzeniu małej turystyki w jego rejonie – i oczywiście w myśl zasady „boso ale w ostrogach” - wypłynęły na międzynarodowe wody niesamowite wizje wyciągów, wież widokowych, stoków, orczyków, ratraków i obsługujących to wszystko domów gościnnych z łóżkiem i wyszynkiem. Niemało. ( Martwi mnie jedynie to, czy wszystko się nie stosunkowo niewielkim zboczu pomieści...). Jednak w moim odczuciu taka lawina pomysłów z górnej półki to najlepszy sposób na przysypanie i zaduszenie w zarodku najszczerszych nawet chęci. Wszak mowa miała być o najprostszej formie turystyki – niedzielnym spacerze rodzinnym, ławeczce, daszku, zwykłej ścieżce. Miejscu na popołudnie.

   Jako że lubię sam się przekonywać o rzeczywistej sytuacji postanowiłem się na Guślarza wybrać osobiście.

   Więc : próżno szukać w mieście jakichkolwiek wskazań kierunków marszu. Nie ma. Na szczęście góra jest na tyle wysoka, że widoczna z każdego jego punktu. Czyli marsz na azymut, ewentualnie w kierunku Jasnej Góry, bo ten kierunek gdzieś w oznaczeniach widnieje. Wyprawa pieszo po drodze prowadzącej do JG raczej bezpieczna nie będzie – brak jakiegokolwiek pobocza, prędkość dozwolona na tej drodze (poza miastem, bez widocznych ograniczeń) to 90 km/h, trzeba mieć sporo odwagi by się z jadącymi autami mijać „na lusterko”. Lepiej więc samochodem – tu jednak wiedzieć trzeba,że nie ma żadnych wyznaczonych miejsc do parkowania, można jednak pogadać z mieszkańcami o możliwości zaparkowania, lub po prostu „na dziko” w okolicach pomnika z 1 Wojny Światowej. Na miejscu również brak jest choćby kawałka dykty z wyznaczonym kierunkiem marszu. Czyli przyjmujemy zasadę, że każda ścieżka wiodąca do góry zaprowadzi nas do celu.

 
  Wybrałem pierwszą z prawej, czarne kamienie „kolejowe” wielkości pięści solidnie utwardziły leśny dukt, wędrówka po nich również wspaniale utwardza dyski międzykręgowe – ale nie narzekamy, ważne że nie po błocie :)


 
   Idąc wzdłuż drogi mam wrażenie na granicy pewności, iż nie jest to nowa trasa – pozostałości ławek mówią o turystycznej przeszłości tejże, przedwojenne betonowe konstrukcje z pozostałościami siedzisk aż proszą się o powtórne zamontowanie siedzisk. Ale jak widać nikogo to jak do tej pory i później pewnie też nie obchodzi. Niech leży i wspomina jak kiedyś normalnie było.


 
  Trzeba iść dalej – do góry. Aż do granicy i później w lewo. I prosto, aż do lasu idąc pasem granicznym mając Polskę po lewej stronie. Tam pierwszą ścieżką znów do góry – prawo skos i prosto.
 
  Po przejściu ok. 50 metrów osiągamy szczyt. Urocze miejsce. Jest tablica informacyjna, triangulant geodezyjny z czasów Cesarstwa i ruiny, właściwie ruiny ruin gospody działającej tu aż do lat 40- tych XX wieku. Los jej i reszty infrastruktury opisany został w artykule p. Marii A. Marciniak ( http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=600 ) . Pośród zeschłych liści natknąć się jeszcze można na pozostałości zastawy stołowej z tamtych czasów. Łezka w oku. Było.





  
   Oprócz tego skałka od strony południowo – wschodniej, niezwykle klimatyczna, pierwsze moje skojarzenie – jakby na tę górę wychodził Zaratustra, to pewnie od tej skałki rozpoczynało by się jego znijście. Tak mi się wydaje. Bo siedzi się i rozmyśla pierwszorzędnie. Mieszkał tam podobno niejaki Köhler, lalkarz samotnik zamieszkujący te miejsce od 1850 roku w szałasie obok skały. Magiczne. I widok piękny.


 
   Skoro wyszedłem na górę od strony Polski, to teraz zejdę od strony Czech. Trudno nie jest, wystarczy trzymać się zielonego szlaku. W dół. Schodzę do Vitkova, tam ku mojemu zdziwieniu (tak, wiem, jestem dziki) obok słupka z oznaczeniami dostępnych szlaków stoi najprawdziwsza zadaszona ławka. Ze stolikiem ! Tak myślę – dopóki takie rzeczy będą mnie zaskakiwać, doputy nasza mentalność będzie miała przed sobą długą drogę do rozwoju, do poziomu „normalne”...


 
    Tak więc : byłem,widziałem. Powrót – odwrotnie, ale już bez wejścia na górę, obejście lewą stroną, kurs na azymut (kominy) i w dół, do wsi.

 
   Tak więc : byłem,widziałem. Powrót – odwrotnie, ale już bez wejścia na górę, obejście lewą stroną, kurs na azymut (kominy) i w dół, do wsi.
Jakie mam wrażenia ? Po lekturze artykułów dotyczących Guślarza, po serii pomysłów jakie wystrzeliły z głów z okazji nie wiem jakiej, po obejrzeniu z bliska na własne oczy sytuacji na miejscu... Piękne miejsce, blisko. Poza tym brak jakichkolwiek wskazówek co do dojścia na miejsce, o ławkach czy choćby miniparkingu nie wspomnę. Deski do ławek przykręcić, jakąś tablicę, miejsce na samochód, ścieżkę grysikiem wysypać. I może zacznie to działać. Ale pomysły rodem z górskich kurortów są niepoważne. Przyziemne, przyziemne sprawy na początek – żeby pokazać, że coś się chce. Bo tego nie widać.